Home Patron

Jan Dobraczyński opisał beletrystycznie postać św. Józefa nazywając go  „Cieniem Ojca”.

Wzór pracujących

Józef, choć robił dużo, zawsze przykładał się do pracy i niczego nie oddał niczego bez starannej obróbki. Zwykle naznaczał dość długi termin, ale prawie zawsze robota była gotowa wcześniej. Podobnie jak to bywało w Betlejem, do jego warsztatu zaczęły ściągać dzieci. Zdawały się na odległość czuć jego sympatię. Szybko się nauczył je poznawać. Znał ich imiona. (…) Rozmawiał z nimi i słuchał ich opowiadań. Starszym chłopcom pokazywał, jak władać piłą, heblem czy młotem.
Za dziećmi przychodzili dorośli. Ściągała ich nie tylko ciekawość zobaczenia zręcznego naggara. Zjawiali się z prośbami o radę. Nie miał pojęcia, co sprawiało, że on, człowiek młody, nierozmowny, nowy przybysz w mieście, stał się doradcą tylu starszych od siebie i na pewno bardziej doświadczonych.

 

Oblubieniec Bogarodzicy
(gdy dowiaduje się o brzemiennym stanie Maryi…)
Wolnym krokiem wrócił do warsztatu. Wziął do ręki robotę, którą się zajmował, gdy Kleofas przyszedł do niego. Ale kawałek drewna wysunął mu się z palców. Zawsze w chwilach troski i zmartwienia znajdował pociechę w pracy. Wykonując coś przy warsztacie zapominał o bólu. Ale tym razem ból sięgnął zbyt głęboko. Nie pomogły także modlitwy — beraki, które układał i szeptał. Ze słowami modlitw mieszały się słowa, z jakimi zwracał się w duchu do Miriam. Były równie gwałtowne, jak te dopiero co usłyszane od Kleofasa. Wyrzuty zagłuszyły modlitwę. Nagle zerwał się i wybiegł z domu. Stromą ścieżką wspiął się na łąkę na zboczu. Ślepo pędził przed siebie. Nie wiedział, dokąd biegnie i po co. Zadyszał się. Nagle potknął się i upadł. Nie podniósł się. Został na ziemi wyciągnięty, z twarzą w kępie cząbrów. On, który nie potrafił płakać, poczuł skurcz gardła i zaniósł się łkaniem.
To, co się stało, zatrzymało w biegu jego życie, odebrało mu wszelki sens. (…) W zalanych łzami oczach pojawił się obraz dziewczyny. Nigdy nie potrafiłby w coś takiego uwierzyć. I nigdy, nigdy, uświadomił sobie, nie uwierzy... Wbrew oczywistości, wbrew śmiechom ludzkim — nie mógł tego przyjąć. Jak mogło się stać coś, co się stać nie mogło! Od pierwszego momentu spotkania miał pewność, że on sam mógłby popełnić rzecz najgorszą, ale ona nic takiego nie popełni nigdy. Cały świat mógł zawieść — ona by nie zawiodła! I ta pewność jeszcze w nim rosła, w miarę jak ją widywał i poznawał. To ona kazała mu patrzeć na dziewczynę jako na coś wyższego od siebie, godnego nie tylko najgorętszej miłości, ale także czci. Kochał ją i podziwiał za to, że jest taka niedosięgła żadnej zmazie, gdy w nim samym jest tyle słabości, z którymi wciąż musi walczyć.
„Cień Ojca” Jan Dobraczyński